rutyna zabija. i białe myszki.
Posted on July 1, 2008 | Filed Under pierdoły, z zycia
chyba ze systematycznością nie wyszło do końca. zdjęć kilka jest, ale za mało żeby cokolwiek wywoływać.
ogólnie 6 tygodni spędzonych w Radomiu nie przyniosło wiekszych zmian. tam nic sie nie zmienia. no. moze miasto troche ładniej wygląda i
mniej chłopaków w sportowych strojach na ulicach. ale poza tym. rutyna mnie zabija, pomimo ze staralem sie jakos sobie urozmaicić pobyt. był paintball było parę fajnych wyjazdów w plener (Pako Pako Pakosław - tam gdzie kończy się cywilizacja), kilka razy grill party byly gokarty i caly czas picie. i caly czas w tym samym miejscu. dzien w dzien. prawie. nie wiem. Radom dziala na mnie wyjatkowo nieinspirujaco. nic sie nie dzieje. nuda po prostu. tak. wiem. monotematyczny jestem. dzis siedze w dublinie. jest dobrze. cos sie dzieje - znow mi sie to miasto zaczyna podobac. mam wrazenie ze juz kiedys to pisalem. prawie na pewno. krotkie pobyty w Radomiu nadają sens Dublinowi. wiecie o co chodzi.mozna wyjsc. mozna sie pobawic. mozna poznac ciekawych ludzi. mozna. po prostu wiecej. zeby nie bylo ze tylko marudzę.
książki kupuję pożyczam pochłaniam. głód. zaniedbalem lekko słowo pisane. w tym tygodniu zrobiłem
japońskie cięcie kotowskiego tuana cizi zyke the order of the phoenix park twenty majora - dublinskiego bloggera who doesn’t give a fuck about being PC - lekkie łatwe przyjemne osadzone w klimacie dublina. mniej wiecej. bo ksiazka na serio nie jest. dalej poszedł kapuściński jeszcze jeden dzien zycia zaczynam niebezpiecznie zawyżać średnią krajową która ostatnio wynosiła 0.5 książki na rok zdaje się.
dzis jeszcze pijany wczorajszym lokalnym alkoholowym produktem wiejskim (1410) postanowilem odczekac az biale plamki znikną z przed oczu, zafundowałem parze paracetamoli spływ wodny (ok - colą popiłem) z przełyku do żołądka i ruszyłem na zewnątrz z planem a i planem b. na wszelki wypadek.
plan a: jesli bar bedzie otwarty na sniadanie będzie guinness
plan b: jesli plan a nie wypali na sniadanie będzie full irish
(plan c pojawił się na chwilę, ale doszedłem do wniosku że nieogolony świata podbijał nie będę)
po skonsumowaniu czegoś co kiedyś było świnią a teraz cieszy się nowym wcieleniem (dzięki mnie! poniekąd) ruszyłem na zakupy. bez konkretniejszego planu w sumie. obudził się we mnie konsument. poza paroma pierdółkami do domu postanowiłem zajrzeć do Easona przy O’Connelu sprawdzić co mają nowego. w ‘current affairs’ wynalazłem perełkę - We are Iran Nasrin Alavi - zbior wpisów z irańskich blogów, które napisane w Farsi nie były dostępne wcześniej dla osob niezaznajomionych z owym. siedzę od rana i czytam. zrobiłem tylko krótką przerwę na skompilowanie placków ziemniaczanych (godzina kurwamać tarcia) i sosiku pieczarkowego do nich (masełko roztapiamy w rondelku, wrzucamy pokrojone pieczarki, podsmażamy lekko, podduszamy, wrzucamy drobno siekany czosnek, zalewamy wszystko gorącą wodę żeby przykryło pieczarki, dodajemy koperek, śmietanę, mąkę, przyprawiamy,mieszamy, voila!). tak więc siedzę i czytam jak irańska młodzież ma w dupie religijne nakazy, jak starają się je omijać, jak wygląda życie codzienne. pochłaniająca lektura.
kupiłem też murakamiego After Dark ale jeszcze nie miałem okazji się zabrać zatopiony w w/w książce.
i co? i nic. życie sie toczy, śpiewamy czwartą nad ranem starego dobrego o 12tej wieczorem zamroczeni miksem alkoholowym, hiszpania skopała tyłek niemcom 1:0 no i wracam podbijać Dublin od nowa. może studia znów zacznę? a co.
z Polski się na jakiś czas wyleczyłem jak widać na załączonym obrazku. za tydzień (a nawet parę dni) wsiadamy w nowonabyty samochodzik (nissan almera rocznik ‘97 hehe) i ruszamy. gdzie? na bałkany ogólnie. i jeszcze chcemy zahaczyć Istambuł. zobaczymy jak potoczy się ta misja. foty będą prawie na pewno. chyba że w jakimś Sarajewie wjedziemy na niewybuch czy coś. będzie ciekawie.
About this Post
Permalink | Trackback |
|
Print This Article |
Comments
Leave a Reply